Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że Ci się to przytrafiło. ( G.G. Márquez )

środa, 4 kwietnia 2018

Sylt. Wyspa z potencjałem.

Tak się jakoś składa, że na mojej podróżniczej liście marzeń nie ma wysp, może dlatego omijam je podczas "zdobywania świata". Do tej pory byłam na czterech - na Skopelos ( Grecja ), Isla de Tabarca ( Hiszpania ) oraz Phuket i Ko Phi Phi  ( Tajlandia ). W przedostatni weekend do tej listy dołączyła piąta, tym razem niemiecka - Sylt.


Litera L odzwierciedla kształt wyspy.


  Miałam do wykorzystania tydzień zaległego urlopu i chciałam to zrobić zanim zacznę wykorzystywać tegoroczny ( a to już za niecałe dwa tygodnie ). I chociaż to zupełnie do mnie niepodobne to chciałam spędzić ten urlop w domu - wstawać bez budzika, pić poranną herbatę w piżamie, poprzesadzać kwiaty, czytać, obejrzeć jakiś film, otworzyć sezon rowerowy ( nie udało się bo za oknem wiadomo jak ). Czasem zazdrościłam koleżankom że nie miały żadnych planów urlopowych i też chciałam się przekonać jak to jest. Udało się to wszystko w dużej mierze, tylko to niewyjeżdżanie się nie udało. Koleżanka chciała odwiedzić swoją koleżankę i zaproponowała mi wyjazd, a ja bez namysłu się zgodziłam bo jak słyszę słowo wyjazd to nie ma na mnie mocnych i automatycznie uruchamia się we mnie tryb przygody i poznawania nowych miejsc. Takim to sposobem pojechałam na Sylt.




Sylt leży na Morzu Północnym, blisko granicy z Danią. Słynie z kurortów, pięknych plaż i jest znanym ośrodkiem uzdrowiskowym. Nie da się ukryć że Sylt różni się zdecydowanie od wysp, na których byłam wcześniej. Poprzednie były ciepłe i palmowe, z widokiem na obłędnie lazurową wodę. Z Sylt nie było widoków na błękitne morze, ba, na żadne nie było bo mgła przysłoniła wszystko. W temecie mgły mam już doświadczenie z Lago di Como ( dla chętnych TU ).


To nie był pierwszy raz z tą mgłą. Miałam świadomość, że to nie jest Morze Śródziemne tylko północ Europy a do tego wyjątkowo zimny koniec marca, w związku z czym nie miałam nie wiadomo jakich wyobrażeń ani planów. Liczyłam tylko na odrobinę słońca i niebo w ciut ładniejszej barwie. A było jak widać chociaż widać było niewiele.



Pomimo mgły i nieprzyjającej pogody zdążyłam zauważyć, że wyspa ma potencjał. Te wszystkie internetowe galerie nie kłamią i gdy jest ciepło to na Sylt jest cudnie. Szerokie i dzikie plaże ( również z białym piaskiem ), wydmy, latarnia morska i foki. Podczas naszego pobytu było bardzo zimno a wilgoć i mgła dodatkowo potęgowały wrażenie chłodu. Ale pogoda nie miała wpływu na nasze plany i zwiedzałyśmy tak, jakby było ciepło. To nic że kostniały palce a ja trzymałam aparat przez rękawy swetra bo nie wzięłam rękawiczek ( phi, na wyspę w rękawiczkach? ). Dobrze że ciepłe swetry zabrałam, to mnie uratowało.



Pomimo niesprzyjającej pogody ludzi było sporo ale tylko w większych ( w kategorii wyspy ) miastach. Poza miastami było cicho i spokojnie tak tylko jak to potrafi być w uśpionych poza sezonem miejscach. Sama wyspa nie jest duża i myślę, że weekend spokojnie wystarczy żeby zobaczyć jej największe atrakcje. Sylt ma fajnie rozwiniętą sieć autobusową i można dotrzeć wszędzie a bilety nie są drogie.



Uwielbiam domy kryte strzechą i to one są głównymi bohaterami większości zdjęć z wyjazdu. Nastawiałam się co prawda na fotografowanie wybrzeża podczas długich spacerów ale szło mi marnie bo na spacery było za zimno a morza nie było widać. Byłam zaskoczona ( żeby nie użyć słowa oburzona ) faktem, że na większość plaż wstęp jest płatny 4 euro i to nie dotyczy tylko plażowania ale różnież spacerów nadmorskimi deptakami, nie tylko w sezonie ale cały rok. W chłód, ziąb, deszcz i mgłę też. Dowiedziałam się że te pieniądze w dużej mierze przeznaczane są na dowóz na wyspę piasku wymywanego przez odpływy.




Wrócę na Sylt w lipcu lub w sierpniu bo wyspa bardzo mi się spodobała. No i muszę na własne oczy zobaczyć te piękne plaże i wydmy z których wyspa słynie. Objadę wtedy Sylt z północy na południe i pojadę wszędzie tam gdzie się nie udało dotrzeć tym razem. Bo wyspa bardzo mi się spodobała, nawet ta mgła była fajna i tajemnicza, ale ciągle prześladują mnie letnie kadry z wyspy widziane na wszystkich dostępnych na Sylt widokówkach i nie dają mi spokoju.


Można również popłynąć w rejs wokół wyspy jeśli ktoś lubi taką formę zwiedzania albo odbyć lot samolotem i spojrzeć na okolicę z nieba ( to opcja zdecydowanie dla mnie ).



Momentami Sylt przypomina mi stylową angielską wieś, wszystko ładne i zadbane, nawet jeśli stare.


Większość zdjęć pochodzi z miasteczka Keitum do którego pojechałyśmy autobusem z Westerland, gdzie się zatrzymałyśmy. Samo Westerland jest mało ciekawe a jego główną atrakcją są plaże i deptak - nieciekawy, ze sklepami, restauracjami, kawiarniami i tłumem ludzi. Westerland to taka metropolia na skalę wyspy. Ale za to jest mnóstwo sklepów z herbatami i herbacianymi akcesoriami a przed każdym ze sklepów wystawione są termosy i plastikowe kubeczki zapraszające do degustacji. Uwierzcie mi że podczas gdy ziąb odmrażał mi palce taka herbata niejednokrotnie dodawała mi sił.


Sylt jest zamieszkany głównie przez Niemców ( tych raczej lepiej sytuowanych ), wielu Niemców z północy kraju ma tam swoje letnie kwatery. Poza Niemcami Sylt zamieszkuje mnóstwo Polaków którzy znaleźli tam dobrą pracę a tym samym swoje miejsce do życia na emigracji.


Wyspa najbardziej jest znana z plaż, uzdrowiskowych kurortów i SPA. Miłośników przyrody i natury przyciąga rezerwatem przyrody Morsum Kliff i Akwarium. Przy fajnie rozwiniętych ścieżkach rowerowych i spacerowych podróżowanie po Sylt autobusem lub samochodem wydaje się najnudniejszą z opcji. Przez swoje położenie Sylt daje ogromne możliwości miłośnikom surfingu, windsurfingu i kitesurfingu a golfiarze znajdą pola ( golfowe rzecz jasna ) do popisu.



Niewiele jest uczuć których nie lubię tak jak niedosytu. Podróżniczego. Czuję, że jakieś miejsce ma w sobie potencjał ale z różnych względów nie mogę poczuć tego w stopniu jaki bym chciała. Albo ogranicza mnie czas albo pogoda. Albo moja zachłanność bo zawsze bym chciała więcej i więcej i nie wystarczy mi tylko łapanie wspomnień w fotograficzne kadry. Ja muszę jeszcze kieszenie napełnić wrażeniami bo napełnienie garści to zdecydowanie za mało. Karmię się później nimi jak ulubioną ostatnio zupą z czerwonej soczewicy a na brak apetytu narzekać nie mogę, wierzcie mi. W stosunku do Sylt też mam plany i jeszcze się przekonacie, że tam jest pięknie i słonecznie, bo wrócę w wakacje i odkryję wyspę po swojemu. I to nie jest groźba tylko obietnica.

poniedziałek, 26 marca 2018

O tym jak Montmartre uratował Paryż.

Pomimo niezbyt miłych wrażeń po pierwszym wieczorze i sylwestrowej nocy w Paryżu każdy kolejny dzień był lepszy od poprzedniego, a ostatni to już przebił wszystko. Na ten dzień zaplanowaliśmy Montmartre, na który cieszyłam się jak dziecko i wobec którego miałam wielkie oczekiwania. I pewność, że to będzie fajny dzień a Montmartre swoim artystycznym klimatem idealnie wpasuje się w moje gusta. Podczas poprzednich wizyt na Montmartre zabrakło mi czasu więc teraz na liście obowiązkowych paryskich miejsc zapisałam tę dzielnicę wielkimi literami i dodatkowo podkreśliłam jaskrawym markerem. Mogłam zrezygnować z czegoś innego ale z Montmartre nie.




Bardzo się cieszę, że zostawiliśmy sobie Montmartre na koniec. Z wielu względów. To był zdecydowanie nasz najlepszy z tych pięciu dni. Pomimo tego, że i w tych poprzednich nie brakowało fajnych i niezapomnianych momentów, to jednak ten był najprzyjemniejszy od samego rana aż do wieczora, bo zakończył się w Luwrze. Codziennie padał deszcz, dobrze że nie cały czas, i było szaro i raczej ponuro a w ostatni dzień wyszło piękne słońce a niebo miało oszałamiająco niebieski kolor. I tylko chłód i zimowe ubrania przypominały nam, że mamy styczeń.



O tym, że Paryż jest romantyczny i ma artystyczny klimat pisać nie muszę, bo z tego słynie. Montmartre to taka kwintesencja paryskiego klimatu, skupisko wszystkiego co jest w Paryżu najfajniejsze i co tak bardzo lubię. Brukowane ulice, sklepy z rękodziełem, uliczni malarze, przytulne kawiarnie, klimatyczne knajpki i "makaronikarnie".  Nie brakuje też sklepów z pamiątkami wszelkiego typu, również Made in China, ale to pomińmy bo są też pamiątki Made in France a nawet hand made na miejscu. Można sobie kupić dopiero co namalowany obraz albo zakładkę do książki, albo ręcznie zdobioną puszkę na herbatę. Ja przywiozłam z Montmartre wszystko wcześniej wymienione, plus breloczek do kluczy, dwa ołówki, kilka magnesów i portfel na drobniaki. W ogóle jeśli chodzi o pamiątki to w Paryżu szalałam, ostatnim razem tyle pierdół przywiozłam chyba z Tajlandii ☺.




Nie dziwię się, że Montmartre przyciąga tłumy bo ma w sobie urok którym nie sposób się nie zachwycić. W tym dniu naprawdę poczułam, że jestem w Paryżu na urlopie a mojej radości nie przyćmiewał nawet fakt, że jutro wracamy ( bo podczas tego wyjazdu momentami bardzo chciałam do domu ). Było miło i przyjemnie a co najważniejsze nie padało ( no dobra, raz, ale akurat byliśmy w restauracji na obiedzie ) co było miłą i niepodziewaną odmianą po wcześniejszych dniach.



Jedną z najbardziej charakterystycznych budowli jest Moulin Rouge na którego deskach narodził się kankan. W tym kabarecie, założonym w 1889 r. występowało wielu znanych artystów ale mnie nie obeznanej w temacie ich nazwiska nic nie mówią. Przez ciekawość sprawdziłam harmonogram i cennik przed wejściem i byłam w sporym szoku kiedy przeczytałam, że na spektakl kabaretowy wraz z kolacją bilety kosztują 130 euro. Ale pewnie znając życie chętnych i tak nie brakuje.





Jak widać Czerwony Młyn to nie jedyny wiatrak w okolicy.


Bardzo się cieszę, że zostawiliśmy sobie Montmartre na ostatni dzień i to nie tylko dlatego, że w końcu wyszło słońce. Ten krótki urlop był jedynym podczas którego byłam bliska zarezerwować sobie lot powrotny na dwa dni po przylocie. Nie potrafiłam się cieszyć miastem kiedy przez pierwszy dzień mogłam się skupić jedynie na masowej ilości uchodźców i policji dosłownie wszędzie. Wiem, że Nowy Rok to nie jest zwykła data ale powiem Wam że chyba jeszcze nigdy nie czułam się tak niekomfortowo i niepewnie. Montmartre odciągnął moją uwagę od zmian jakie zaszły w Paryżu odkąd byłam tam ostatni raz i pozwolił odnaleźć klimat który tak bardzo lubię. Dzięki temu wracałam do domu w zdecydowanie lepszym humorze.



Na Montmartre można kupić wszystko a tradycyjne "mydło i powidło" ma tutaj pasujące jak ulał zastosowanie, bo oprócz mydeł i powideł można kupić obrazy, ubrania, słodycze, miód, biżuterię, rękodzieło, książki oraz mnóstwo innych gadżetów i pamiątek.




Kolejną najbardziej znaną budowlą nie tylko Montmartre ale i całego Paryża jest Sacre-Coeur. Nie ważne z którego miejsca by nie oglądać panoramy miasta nasz wzrok w końcu odnajdzie jasne kopuły tej bazyliki. Jest piękna chociaż jak dla mnie trochę chaotyczna, może za sprawą połączenia stylów bizantyjskiego i romańskiego. Mieszanka taka trochę orientalna. Wstęp do bazyliki jest bezpłatny i nie zrażajcie się kolejką bo wszystko idzie sprawnie a kolejka wynika jedynie z tego, że przed wejściem czeka nas szybka i sprawna kontrola w wiadomym celu.


Montmartre zawsze było i nadal jest jedną z najciekawszych i najbardziej malowniczych dzielnic Paryża. Leży na wapiennym wzgórzu skąd rozpościera się niesamowity widok na panoramę miasta. Warto poświęcić chwilę żeby spojrzeć na Paryż z trochę innej perspektywy. My byliśmy tam na chwilę przed zachodem słońca a że dzień był słoneczny i bezchmurny to i zachód słońca piękny.



Zwieńczeniem tego dnia był spontaniczny Luwr ( bo raczej nie planowaliśmy ) i spacer po wieczornym Paryżu jako pożegnanie z miastem. To był niezapomniany dzień ale powiem Wam szczerze, że jak jeszcze nigdy cieszyłam się na powrót do domu z urlopu. Życzę miastu jak najlepiej ale nie wiem czemu jestem przekonana, że zmiany które zauważyłam nie idą w dobrym kierunku.


wtorek, 13 marca 2018

Niekończąca się opowieść o Granadzie.

To miał być wyjazd sportowo-turystyczny , a że przy okazji był wyjazdem okołoweekendowym, jeden dzień przeznaczyliśmy na narty a jeden na zwiedzanie. Sprawiedliwie. To miał być mój debiut w roli narciarza, na który cieszyłam się niezmiernie. Miałam co prawda narciarskie epizody jako dziecko kiedy to na moich czerwonych nartach zjeżdżałam z gdyńskich pagórków. Później mi przeszło i "przerzuciłam" się na łyżwiarstwo, do którego miłość została mi do dziś i któremu po dziś dzień oddaję się z taką samą radością.


Sierra Nevada to hiszpański narciarski raj i pomimo tego, że powyższe zdjęcie raczej na to nie wskazuje, był śnieg. Nie posiadam dowodu rzeczowego w postaci zdjęć czemu winna była moja radość i ekscytacja związana z powrotem do narciarstwa. Nie było czasu na fotograficzną dokumentację. Musicie mi uwierzyć że był i śnieg i dużo radości i frajdy. Może i nie zostanę mistrzynią narciarstwa ale za to do perfekcji opanowałam sztukę hamowania. Jeśli nie próbowaliście nigdy hamować przewracając się w zaspę na poboczu to ominęło Was wiele...Dawno się tak nie uśmiałam. Szkoda tylko, że podnoszenie się było trochę skomplikowane ( przez narty ) i wymagało pomocy osób trzecich. Jak teraz sobie wspominam tamten weekend to nie wiem, czy tak mi się spodobały te narty czy raczej chodziło o te zaspy...No ale miałam ubaw po pachy ale trochę też byłam dumna z tego, że coś mi po tych dziecięcych czerwonych nartach zostało jeszcze, a lat minęło sporo.


Alhambry nie można pomylić z niczym innym. Byłam w środku już dwa razy więc na razie wystarczy. Co nie znaczy, że nie poszłabym i trzeci raz, i czwarty nawet, gdybym tylko miała więcej czasu.




Andaluzyjskie bary tapas to zawsze dobre rozwiązanie aby zaspokoić głód. Tutaj ma swoje pole do popisu mój apetyt i kolejna porażka dotycząca fotografowania jedzenia. Bo albo jestem tak głodna, że najpierw jem, albo się krępuję wyciągnąć aparat bo to nie wypada, ludzie patrzą itp. Gdybym była odważniejsza to z fajnych miejsc gdzie i co jadłam ( nie tylko w Granadzie ) mógłby powstać pyszny ( a co najważniejsze nietuczący ) wpis.


Do Granady dojechaliśmy w piątek wieczorem i po ulokowaniu się w hostelu poszliśmy na spacer i kolację. Granada prezentuje się pięknie również o zmierzchu. Wieczorem ma jeszcze więcej klimatu zwłaszcza wśród uliczek pachnących kuskusem i miętową herbatą.


W Granadzie wyraźnie widać wpływy Maurów na ten hiszpański region. Mam fajne wspomnienia z Maroka i uważam, że to jeden z najciekawszych i najładniejszych krajów, w których byłam. Może dlatego tak bardzo podobają mi się marokańskie akcenty w Granadzie. Wśród miast partnerskich Granady są dwa z Maroka - Tetuan i Marrakesz. W późnym średniowieczu Granada była centrum ostatniego państwa muzułmańskiego na Półwyspie Iberyjskim.



To naprawdę fajne doznanie chodzić po śniegu a chwilę później spacerować po skąpanych w słońcu uliczkach, nad głową mając błękit i pomarańcze na drzewach.




Niedzielny poranek był cichy, spokojny i leniwy. Jak człowiek wita dzień herbatą z widokiem na Alhambrę to już wiadomo, że będzie fajnie.



Zwiedzanie Granady, a zwłaszcza jej najstarszej części, to spacer raz w górę raz w dół. Ale nawet "pod górkę" nie męczy jak się spaceruje w cieniu rzucanym przez bielone domy z parapetami i balkonami pełnymi roślin w kolorowych glinianych donicach.



Byłam w Granadzie cztery razy i podczas każdego pobytu nie żałowałam czasu ani sił aby przejść miasto wzdłuż i wszerz. I pomimo tego, że niektóre miejsca i ulice dokonale zapadły mi w pamięć, każda kolejna wizyta pozwala odkryć coś nowego. I za każdym razem jestem wielce zaskoczona jak to możliwe, że wcześniej to przeoczyłam, skoro byłam wszędzie chyba...Wiem, wiem...jest mnóstwo miejsc których nigdy nie odkryjemy do końca i Granada jest po prostu jednym z nich. Dobrze tylko, że wraz z odkrywaniem nowych miejsc w miejscu wydawałoby się dobrze znanym nie ubywa radości z odkrywania ich.


Granada jest przesiąknięta andaluzyjskim klimatem, który widać i czuć na każdym kroku. To jedno z najważniejszych miast regionu i stolica prowincji więc w sumie nie może być inaczej.



Spacerowaliśmy niespiesznie bo w miastach takich jak Granada pośpiech jest największym przewinieniem. To duży komfort i przyjemność iść bez celu ze świadomością, że można sobie przystanąć gdzie się chce, przycupnąć na chwilę, zdjęć zrobić dwieście, kota pogłaskać i psa, wina się napić, ulicznych grajków posłuchać.


A na koniec Modlitwa Psa na jednym z domów:

O Panie wszystkich stworzeń spraw, aby człowiek, mój pan, był tak wierny innym ludziom, jak ja jestem wierny jemu.
Spraw aby kochał swoją rodzinę i swoje dzieci tak jak ja ich kocham i uczyń, żeby szczerze przechowywał ( chronił ) dobra, którymi go obdarzyłeś, tak jak ja to robię.
Daj mu Panie skłonność do łatwego i spontanicznego uśmiechania się, tak jak łatwe i spontaniczne jest moje merdanie ogonem. Zachowaj w nim moją młodość serca i moje radosne myśli.
O Panie wszystkich stworzeń, tak samo jak ja jestem zawsze prawdziwym psem spraw, aby mój pan był zawsze prawdziwym człowiekiem i zbierał moje "odpadki" z ulicy :).

Amen.